Krótka Historia Konopi

Maciej
Updated on

Krótka Historia Konopi

Cannabis to niezaprzeczalnie jedna z obecnie najpopularniejszych roślin, która przeżywa swój kolejny renesans, tak wyniosły i doniosły, jak to miało niegdyś miejsce w epoce naszych (już można chyba śmiało to powiedzieć) dziadów hippisów.

W ostatnim dziesięcioleciu, dosłownie, podbijała państwo za państwem i to na każdym z kontynentów, ukazując się przede wszystkim w swej najdonioślejszej odsłonie, którą jest niewątpliwie jej wysuszony kwiat, ale też i pod postaciami wszelakimi, najróżniejszymi.

No bo wyobraź sobie tylko taką o to sytuacje, która w sumie, może już wydarzyć się każdemu z nas.

Oto ona:

“Wchodzimy do sklepu, który w całości jest poświęcony konopiom. Sprzedawca od razu nas miło wita i czuło pyta: Heeej! Czujesz pragnienie mój ty drogi wędrowcze, potrzebujesz świeżego kopa energii? Proszę bardzo, o to energy drink z cannabis, częstuj się. Może do tego jeszcze lizak lub guma do żucia o smaku świeżych konopi? Ależ proszę, służę swą pomocą. Mamy jeszcze ciasteczka, pieczywo, mąki, herbatki, ubrania, buty, plecaki, koce, no dosłownie wszystko czego dusza tylko zapragnie, mój ty drogi, wielebny wędrowcze, a nawet i jeszcze więcej, bo zgadnij co – podłoga, po której właśnie stąpasz, jest również wykonana z konopi, tak jak i te wszystkie ściany i budynek w ogóle cały, a w szczególności, ten piękny stół, za którym teraz siedzę i przemawiam do ciebie, popijając swą, no jakże, konopną herbatkę”

 

Czy przesadzam?  – nie moi drodzy, nie przesadzam. Tak właśnie wygląda już świat, w którym przyszło nam żyć. Wszystko, dosłownie wszystko może już być z konopi i uwierzcie mi proszę, nie jest to tylko zwykła moda, która zaraz przeminie, czy szaleńczy trend dla narwanych głupców, to jest najprawdziwsza KONOPNA REWOLUCJA, która zmieni świat na lepsze i praktyczniejsze.

Przyłączasz się? Zapraszamy!

Ale za nim zostaniemy konopnymi rewolucjonistami i razem będziemy reprezentować najpozytywniejszą zieloną ekipę pod iście jamajskim słońcem, jaką jest niewątpliwie BestBuds, pozwólcie, że opowiem, co nieco, o naszej magicznej roślince…

Konopie w epoce kamienia łupanego? - Tak!

Dzisiejsze badania archeologiczne powiadają, iż konopie były jedną z pierwszych uprawianych przez człowieka roślin. Początki rolnictwa szacuje się na neolit (10 000 do 3000 lat p.n.e.), a sznury wykonane z konopi, które odkryto na teraniach dzisiejszego Tajwanu, w wiosce Sate, datuje się na niemalże 12000 lat.

Kolejny konopny ślad znaleziono w chińskiej wiosce Pan-p’o. Mówi się, iż ma on ponad 4000 lat i to licząc przed erą, w której to Jezus nasz się narodził.

Na terenach tejże wioski, rozwijał się powoli przemysł tekstylny, w którym konopie, dzięki swej wytrzymałości, były najlepsze spośród wszystkich innych znanych im włókien wytwórczych, dlatego tworzono z nich ubrania, buty, liny, czy wreszcie i pierwsze formy papieru.

Prócz tego, wioska ta, jak i w ogóle, całe bardziej ucywilizowane chiny, zaczynały swe debiutanckie przygody z rolnictwem…

 

Wykorzystywano do tego głównie 5 nasion: ryżu, soi, pszenicy, prosa oraz właśnie nasion konopi, które jedzono na surowo, prażono lub oleje z nich wyciskano, czy po prostu dalej siano, by korzystać później z jej jeszcze szczodrzejszych darów, które również były jadalne.

Na przykład liście takie, mogą robić za wspaniałą, aromatyczną przyprawę, czy też i składnik do relaksujących naparów, które nie dość, że trawienie poprawiają, to jeszcze nasz metabolizm wspomagają. Są jeszcze łodygi i korzenie, z nich też można zrobić wiele!

[zobacz: cannabis w kuchni]

Pierwsi Działacze Konopni

Jej pierwszym, znanym nam “odkrywcą”, jak i propagatorem, był mityczny cesarz Chin: Yan-Di znany również, jako Shen-nong, co oznacza w wolnym tłumaczeniu: boskiego rolnika.

To on, jako jeden z trzech niebiańskich władców, którzy rządzili światem przed dynastią, pokazał ludzkości sztuki ułatwiające im życie.

Nauczył on budować domy, uprawiać ziemie, ukazał techniki akupunktury, jak i wprowadził w tajniki zielarskie, które były zaczątkiem, rozsławionej na cały świat, Tradycyjnej Medycyny Chińskiej.

 

Niektórzy historycy przypisują mu, iż około 2800 roku p.n.e. wydał na świat księgę o ziołach, znaną jaką: „Shennong Ben Cao Jing”. Liczy ona dokładnie 365 wpisów dotyczących roślin, mówiąc o ich działaniach i właściwościach.

Została ona skomponowana z trzech tomów. Pierwszy, w którym skategoryzowana jest właśnie konopia, nazwany został zbiorem ziół wyższych. Są one nieszkodliwe dla ludzi oraz mają właściwości stymulujące ciało oraz rozum.

 

O konopiach napisano jeszcze w dziele tym, iż są one magicznym wzmacniaczem humoru oraz pamięci.

Do tego pierwszego nie mam najmniejszych wątpliwości, w końcu nawet z największego ponuraka jest ona w stanie uczynić największego, rozchichotanego cudaka, ale przy tym drugim, to już trzeba, by było się chyba trochę pozastanawiać…

[zobacz: wpływ cannabis na pamięć].

Poza tym pisał o jej praktyczności w przemyślę tekstylnym. Konopie bowiem nie dość, że mają BARDZO wytrzymałe włókna, to jeszcze są jedne z najszybciej rosnących roślin na świecie. Zaraz obok bambusa i sztucznie stworzonego przez człowieka oxytree.

[zobacz: włókno konopne]

 

A na dokładkę, w księdze tej, wzmianka jest, iż konopie spożywane w nadmiarze mogą prowadzić do utworzenia halucynacji, czy dosłownie, jak to było w dziele tym nazwane: “widzeniem diabłów”

Z drugiej zaś strony, gdy są one zażywane racjonalnie i z umiarem oraz przez czas dłuższy, to mogą się one przysłużyć do “kontaktu z duchami“, jak i “rozjaśnienia ciała” – cokolwiek to oznacza i cokolwiek za duchy ma na myśli ta mityczna, a wręcz i może całkowicie wymyślona postać.

Bo wiedzcie moi drodzy, że wszystko to może być przecież tylko jedną, wielką, wyssaną z palca fikcją, bowiem historycy do dnia dzisiejszego spierają się o wiarygodność tejże historii i prawdziwość tegoż, że dzieła zielarskiego…

Co innego miejsce ma w następnej naszej historyjce. Ta już jest niekwestionowanie prawdziwa, bo rzetelnie udokumentowana!

Hua-tuo, lekarz żyjący u schyłku dynasti Han (ok. 220 roku n.e.), uważany jest za pioniera tradycyjnej chirurgi, jak i mistrza akupunktury, a do tego wyśmienitego zielarza, bowiem wtedy to właśnie ziołami się przede wszystkim leczono.

Dzięki niemu konopie były jednym z 50 podstawowych ziół, jakie można było znaleźć w ówczesnej chińskiej ziołowej apteczce.

Zalecał on na przykład przygotowywanie ich w winie jako środek przeciwbólowy i nerwy kojący.

Mieszał on również konopie z opium i innymi, bliżej nam niestety nieznanymi substancjami, a to po to, by stworzyć pierwszy na świecie udokumentowany preparat znieczulający.

Uczyniło go to pierwszym w historii człowiekiem wywołującym zjawisko anestezji u pacjenta. Wyprzedził on Europe pod tym względem o ponad 1600 lat! Miksturę tą nazwał Ma-fei-san, która oznacza dosłownie: „konopny, wrzący proszek”.

Słowo „Ma” to właśnie konopie. Często ono występowało w pięcioksięgu konfucjańskim, wplecione gdzieś pomiędzy strofy jego niebiańskiej poezji, czy też i pośród rytualnych praktyk mistyków, które Konfucjusz pogłębiał i rozsławiał w swym dziele.

mistyczna strona cannabis

Oddziaływanie „mistyczne” cannabis było, jak na tamte czasy, wiedzą tajemną, z którą tylko grupa nielicznych osób była zaznajomiona.

Większość ludzi wiedziała głównie o jej korzyściach czysto wytwórczych, czy z lekka farmakologicznych, choć jak niektóre relacje starożytnych powiadają, na przykład wielkiego ojca historii Herodota, to niejakie plemię Scytów, czyli koczownicza grupa barbarzyńców z 700 roku p.n.e. zażywała już konopie rekreacyjnie.

“Robili to w nijakim szałasie potu. Polegało to na wzięciu ze sobą trochę nasion tejże rośliny i wpełznięciu z nimi pod płachty skóry, które właśnie robiły im za szałas potu. Tam później, rzucali je w rozżarzone do czerwoności węgle. Nasiona pękały, a następnie wydzielały dym, jaka nie znała nawet łaźnia grecka” – pisze Herodot.

Gdzie indziej wspomina o jeszcze innej metodzie:

„Scytowie odkryli jeszcze jeden rodzaj drzew, których dziwaczne owoce, kiedy wrzuci się do ogniska, siedząc w kręgu, wydzielają z siebie silny zapach. Scytowie wdychają ten dym i odurzają się nim tak jak grecy winem. Im więcej wrzucą do ogniska, tym mocniej będą upojeni, aż w końcu podnoszą się do tańca i zaczynają śpiewać”.

Konopie dopiero w X wieku rozgościły się na dobre w świadomości człowieka jako środek służący już umysłowi, czy świadomości. Stały się one wtedy bardziej metafizyczne dla niego, niezgłębione oraz sakralne . Były jak przejście w inny wymiar postrzegania rzeczywistości, a przy tym, pokazywały dotychczasowe życie z zupełnie innej strony. 

Zawdzięczamy to wszystko wędrownym hinduskim duchownym, którzy byli często utożsamiani z tąże rośliną, a to dlatego, że często ją po prostu zażywali.

Wprowadzali się wtedy w mistyczne stany, z których czerpali garściami, z najgłębszych ich odmętów, najróżniejsze mądrości i pomysłowości, czy zwyczajnie, oddawali się kontemplacji natury – tej dookoła i wewnątrz siebie, co niewątpliwie poszerzało horyzonty istoty czującej, jaką człowiek – co jak co – jest, był, i tego nam szczerze tu życzę, będzie nadal.

[zobacz: snucia filozoficzne o cannabis]

 

Nie bez przyczyny użyłem wcześniej słowa: “zażywali”, a nie na przykład “palili”, bowiem wtedy to nawet fajki jeszcze nie wymyślono (o tym trochę później), więc musieli oni wszyscy w nieco inny, ale też nad wyraz skuteczny sposób sobie radzić, który dodam, że do dnia dzisiejszego – w całych Indiach – jest praktykowany…

…i to nie tylko okazyjnie, choć i są ku temu specjalne okazję jak na przykład Festiwal Maha Shivarati ku czci ich największego Boga Shivy, czy też i kolejny, tym razem o miłości, kolorach i wiośnie, zwany Festiwalem Hai.

Bhang, bo tak właśnie nazywają ten swój konopny wyciąg, stosują również w życiu swym codziennym zwykli, współcześni nam ludzie, i to na wszelakie dolegliwości, czy tak, o, dla uciechy ducha oraz ciała od niemalże ponad tysiąca lat, jak nie więcej!

Nie będę opisywał jak wygląda przygotowanie, bo miejsca mi tu nie starczy, a prawdę mówiąc, nie chcę zanudzać mniej ciekawskich, więc zamieszczę tylko kolaż zdjęć przedstawiający ów proces, a chętnych odsyłam do ksiąg internetu po dokładniejsze informację, bo któż to wie może akurat komuś smaka właśnie tym wszystkim narobiłem ;–)))

 

Tak na koniec naszego rozdziałku, pozwolę sobie przytoczyć dość myślę ciekawą myśl pewnego badacza indyjskiego folkloru, niejakiego J. Campbell’:

„Z filozoficznego punktu widzenia bardzo interesujące było przeprowadzenie badań nad wpływem tych potężnych substancji na umysły i ciała stale zażywających je mnichów wędrownych. Możemy ze sporą dozą pewności założyć, że konopie, znane na Wschodzie od najdawniejszych czasów, przyczyniły się do rozwoju ich żywiołowej wyobraźni.”

podróż przez góry

W następnych wiekach Indie były pod nieustannym naporem Islamu. Najeżdżali oni ich ziemie, grabiąc je i niszcząc, by później je sobie przywłaszczać – skrawek po skrawku.

Swym wojującym mieczem, w imię Allaha, nawracali oni lud hinduski na swą wiarę, a przy tym, niektórych, brano do swych odległych ojczystych krain w niewole.

Wraz z nimi, wzięto też i kulturę konopną, która już wtedy, tak nierozerwalnie się z nimi przecież zżyła.

Nie mieli oni jednak łatwego zadania, bo by to zrobić, musieli wpierw pokonać nieprzyjazne szlaki porozrzucane po 800 km łańcuchu górskim, w którym ponoć, miliony lat temu, narodziła się nasza konopia.

 

Nazwę tegoż łańcucha górskiego wymawia się bardzo zgrabnie i melodyjnie. Mówi się na niego: Hindokush.

Ale jak już przetłumaczymy nazwę tą na nasz język ojczysty, to nie jest już tak pięknie i kolorowo, bowiem oznacza ona dosłownie: „Zabójcę Hindusów”.

Nazwano tak góry te z tego to właśnie względu, że podczas wymuszonych przepraw tych okrutnych, zginęło wielu Hindusów, co to ze swych ciepłych Indii do krwiożerczego Turkiestanu, i dalej w świat Allaha, przejść musieli. W najsroższych mrozach i humorach, będąc tylko z lekka odziani…

czarny ląd

I tak oto, konopie dostawały się dalej na południe: do Persów, a później do Arabii, robiąc tam za wspaniały medykament, a następnie słowo o niej i ciało jej, nawet i do Egiptu zawędrowało, choć prawdą jest udowodnioną, że tam konopie jakoś już wcześniej weszły w kulturę…

…I to bliską i zażyłą! Znaną nie tylko zwykłemu “mieszczuchowi”, a i Bogu wręcz, w końcu taki to stosunek lud miał ten do swego faraona, którym był to ówcześnie Ramzes II.

U niego bowiem właśnie, przy pochówku, znaleziono cenną tą roślinę. Zaiste, musiała ona być wiele wart dla tegoż ludu, skoro sam faraon, Pół Bóg, kazał się z nią pochować, a to wszystko po to, by towarzyszyła mu w ostatniej jego podróży – podróży przez zaświaty.

 

Ciekawe jeszcze jest to, że konopie na Czarnym Lądzie, szczególnie tym arabskim, były przede wszystkim znane pod trochę inną postacią, niż zwykle miało to miejsce.

To haszysz, czyli żywica konopna, podbijała serca tamtejszego ludu, który jej de facto, na początku, nie palił, a spożywał drogą doustną jedynie. Najczęściej haszysz był przygotowywany w formie mikstury.

Jedna nawet tak się rozsławiła, że pamięć o niej przetrwała, aż do czasów dzisiejszych.

Mówię tu o tajemniczej miksturze niejakiego Hassan-i Sabbāh – “starego człowieka gór”, który wiódł młodych mężczyzn na pokuszenie w swej górskiej fortecy, dając im rajskie ogrody, w których to mogli uprawiać słodką miłość ze zmysłowymi kobietami i nie tylko, a przy tym, poił ich tąże sekretną miksturą z haszyszu, a to wszystko po to, by byli na jego rozkaz.

Tak stał się ich niepodważalnym przywódcą, istnym Bogiem wręcz, co dawał im wszystkie ziemskie rozkosze. Oczywiście chcieli mu się jakoś odwdzięczyć, i odwdzięczali się, i to w czynie najczarniejszym – w morderstwie. I tak oto, asasyni się narodzili, co to pochodzą od pogardliwej nazwy, jaką im krzyżowcy dali: „Hasziszijja”, oznaczającej: „ci, co haszysz zażywają”. – było to koło wieku XI.

 

Później, gdzieś w wieku XIII czy XIV, w zachodniej części Afryki, fajkę już wymyślono. Mogło się to dziać za sprawą kilku kumpli z jednej wioski, co w plemieniu swym zwanym „Bashilenge”, kółko jaraczy trawy, sobie założyli.

Zbierali się oni, w ukryciu przed resztą, by ściągnąć sobie co wieczora parę buszków i oddać się swej naturze myśli, która ostatecznie zawiodła ich (po latach wytrwałych praktyk) do przeświadczenia, że zioło to świętość prawdziwa jest, i to tak duża, że powinno się religie opartą o nią stworzyć.

 

I tak też się stało. Zaczęli nazywać siebie Bena Riamba, czyli synowie zioła. Marihuanę uważali za bóstwo, a fajkę za symbol pokoju. Witali się słowem: „moio”, co oznaczało, jednocześnie: „zioło i życie”.

W końcu zioło było ich życiem i to tak znaczącym oraz z nim powiązanym, że już żadne święto, żadna wymiana dóbr pomiędzy plemionami, czy żadne nawet przymierze pokoju, nie mogło się odbyć bez tej drewnianej fajeczki nabitej małym, zielonym dla duszy smakołykiem ^^

Konopielka europejka

Jak już wcześniej było wspomniane, zwyczaj zażywania konopi, został podpatrzony przez samego ojca historii: Herdota, u niejakich Scytów, blisko 500 lat przed Chrystusem.

Podróżował on wiele przez swe życie, zwiedzając krainy Arabii, Egiptu, Babilonu, Tyrii, Scyti, Palestyny i inne – dalekie, nieznane.

Nie był on zielarzem, a obserwatorem kultur jedynie, zatem nie mógł obszerniej, z perspektywy biologicznej, przedstawić on swym rodakom konopi.

Wspomógł w tym go, po ponad pięciu wiekach, jego krajan: Dioskrides – filozof natury oraz zielarz, który w swymDe Materia Medica” opisał samą roślinę, jak i efekty jej działania, ale dopóki nie odkryto efektywniejszych metod jego zażywania, nie zagościło ono, aż tak bardzo w europejskiej kulturze.

Cannabis na początku był stosowany jedynie okazyjnie, w łaźniach greckich. Nie dla wszystkich rzecz jasna, przyjemność to była. rozkoszować się nią mogli tylko ludzie z wyższych sfer, czyli ci, co mogli sobie pozwolić na zakup nieznanego ziela z dalekich krain lub ci, co mieli po prostu dobre, sprawdzone kontakty ;–)))

Mówi się, iż wyrocznie w Delfach snuły swe wizję, właśnie też i pod wpływem tegoż, że zioła, a wyglądało to następująco:

Pytia, bo tak właśnie zwano młodą wieszczkę, siedziała na trójnogu postawionym nad szczeliną w ziemi, z której wydobywały się odurzające opary.

Wszyscy zaklinali się, że one z samego królestwa Hadesu pochodzą, bowiem to tam właśnie, pośród niezmierzonych bogactw świata podziemnego, w czeluści największych ziemskich tajemnic, mógł rozwinąć się wyziew tak upojny, tak oszałamiający i tak bardzo zniewalający.

Prawdą jest jednak to, że to żaden Hades, a ręka ludzka, przyczyniała się do powstawania tychże magicznych oparów. Wszystko to za sprawą kapłanów, znajdujących się pod ziemią, spalających obficie najróżniejsze kadzidła, czy i zioła, dymiąc nimi, aż miło.

Wieszczka pod wpływem wszystkich tych dymów, była tak nastukana, że mogłaby, by być nawet i zwykłą prowincjuszką, a wieszczyła, by jak prawdziwa, rasowa Sybilla.

Wszelacy interesanci (od parobka, aż do króla) podchodzili do niej i zadawali swe pytania. Odpowiadała ona zwykle półsłówkami, niejasnymi zwrotami, czy zdaniami na pozór niemającymi nic wspólnego z wcześniej zadawanymi pytaniami.

Pozór ten, później, odkrywali i ukazywali – w pełnym świetle boskiej prawdy – specjalnie do tego powołani, najwyżsi kapłani. Wygładzali oni i szlifowali dzielnie, wszystkie te bzdury, które mogła napleść ich natchniona wieszczka, ozdabiając je w najróżniejsze poetyki i środki tak dwuznaczne i tak mistyczne, że aż głębia w nich się jawiła, i to tak wielka, że aż skłonna wojny wypowiadać, czy nowe ustroje i miasta do życia powoływać.

[…]Później jednak konopia nasza, wyszła z kręgu zamkniętego do świata zewnętrznego, do ludu greckiego i rzymskiego…

 

Działo się to wraz z przyjściem nowej ery, Ery Chrystusowej, która zrodziła grono wspaniałych badaczy natury i całkiem nowych konsekwentnych historyków, co to rozsławili konopie na cały swój pogrążony w niewiedzy jeszcze świat.

Wspomniany już botanik Dioskrides, historyk Pliniusz Starszy, czy wreszcie sam Galen, największy medyk europejskiej starożytności, przyczynili się do tego najbardziej.

Nie dość, że pisali o cannabis w swych dziełach, które były dość poczytne wśród inteligencji, to często jeszcze, przepisywali je na wszelakie dolegliwości wielu pacjentom, co to do nich, by się o pomoc zwrócili.

Wszelako, wiedzieli już oni, po wstępnym i ogólnym jej zbadaniu, że ma ona szereg właściwości służących dobremu zdrowiu, czy wyprowadzeniu ze stanu, w którym ono, by podupadało.

W ich pracach, na przykład, na krwotok z nosa, zalecali suszone liście, na tasiemca, czy polucje nocne – nasiona. Na bóle ucha świetnie działał wyciśnięty sok z jej części zielonych, a gdy robaki w uchu się zalęgły, bo takie to jeszcze były czasy, sprawdzał się wtedy najlepiej świeży olej wytłoczony wprost z nasion. Leczyli oni również tymże ziołem swe konie – owrzodzone, bądź i ranne.

[zobacz: inne właściwości cannabis] 

Prócz właściwości uzdrawiających ciało, Greccy zauważyli również też i te niekorzystne. Spośród nich, wymieniają, chociażby bóle głowy, dziwne humory, czy często powtarzane: „oddziaływania, pozbawiające mężczyzn swej męskości”.

Ale bez obawy, chłopcy, nie mówią tu o dosłownym jej pozbawieniu, a o ewentualnej bezpłodności, czy po prostu zniewieszczeniu, objawiającym się w większości przypadków na utraceniu (w pewnym calu) swego popędu seksualnego lub, i w ogóle, prawdziwym zbabieniu.

 

[zobacz: szkodliwe właściwości cannabis]

Z jej plusami i minusami, lud ten, jakoś się zaprzyjaźnił, i to do stopnia takiego, że ponoć każdy człowiek tam żyjący, miał co nieco już pojęcia o konopiach, czy po prostu coś o nich już tam względnie słyszał.

Dzięki temu stała się ona zwykła, udomowiona, zaadaptowana do warunków ją otaczających, które – rozochocony dodam – niewątpliwie jej sprzyjały.

Nieustanne ciepło, rozgrzewające kąpiele słoneczne i tymczasowe tylko deszcze, doprowadziły do powstania odmiany innej, niż tej, którą Islam przyniósł z krain hinduskich.

Nowa, europejska odmiana – Cannabis Sativa, była nie co bardziej „promienna” i “żywsza”. Nie działało ona tak mocno na umysł i ciało, jak jej poprzedniczka – Cannabis Indica (która jest typowym kontemplatorem) działała ona lekko i powabnie, euforycznie bardziej.

[zobacz: rodzaje konopi]

 

Podejrzewam, że to nie tylko warunki geograficzne, czy zgoła atmosferyczne, wpłynęły na jej nową postać, ale też i specyfika umysłów tychże krain mogła odegrać tu niemałą wręcz rolę.

Greccy bowiem to naród wina i poezji. Czcili oni miłość ponad wszystko, a bawić się umieli, że łohohohooo!

To oni właśnie, w zamierzchłych czasach, jeszcze przed starożytnością, gdy największą boginią – i zarazem świętością ich – była Kobieta (czyli panował matriarchat) wyrządzali oni wielkie marsze przez swe archipelagowe krainy, zbierając wszystkich chętnych kolędników po drodze, by razem z nimi wszystkimi, przemierzać świat swój niebiański w idyllicznej pieśni o miłościwym czynie.

 

Pili tam, śpiewali, grali na instrumentach, a nawet i grzyby halucynogenne jadali, czy wypijali, by świętowanie to trwało jak najdłużej. I udawało im się to, bowiem impreza ta średnio trwała – non stop – przez parę dni, a czasem to nawet i przeciągała się do tygodni, czy i miesięcy – Serio!

~~Z resztą, co to poniektórzy z nas, pewno nie są wcale od nich gorsi w tej materii zabawy i wiecznej hulanki – Pozdro wariaty!  ;—)))

[zobacz: grzyby halucynogenne]

Taką to już więc krew mieli ci starożytni Europejczycy znad basenu śródmiejskiego. Oczywiście ci północni, zachodni, czy wreszcie i my – Słowianie, im nie odstępowaliśmy.

W naszym narodzie konopie były od zawsze. Niektórzy twierdzą, że przed Grecją nawet, ale cała masa informacji o tym (jak i o rodzie w ogóle całym naszym) została zakopana i zniszczona prawie, że doszczętnie, bo przecież historie piszą zwycięzcy…

Lecz na szczęście dokopać mi się do pewnych źródeł informacyjnych udało, posłuchajcie! 😀

Wybitny etnograf, Kazimierz Moszyński, który poświęcił całe swe niemalże życie na badanie Słowian i ich kultury, w swym niedokończonym, niestety, dziele pod tytułem: “Kultura Ludowa Słowian” piszę, iż już w czasach prasłowiańskich (tj. 2000 lat p.n.e.) na ziemiach polskich, konopie wykorzystywano na co dzień i to w spektrum szerokim, zadziwiającym wręcz.

Tak jak to starożytni Chińczycy: z łodyg pozyskiwali włókna, z których później, tworzyli najprzeróżniejsze tkaniny, czy też i sznury kręcili, a z nasion oleje w imię zdrowia tłoczyli.

A gdy już przy nich jesteśmy, przy tych nasionach, to warto wspomnieć, iż miały one szczególne znaczenie w pewnych dniach roku, bowiem w czasie postów oraz świąt, jedną ze znanych potraw obrzędowych, była niejaka “siemieniatka”, czyli zupa z siemienia konopnego gotowana wraz z warzywami i tzw.: “kaszą pogańską”, która dla nas jest już znana powszechnie jako kasza gryczana.

Przyrządzana jest ona do dziś, co roku, na święta Bożego Narodzenia, na śląsku choćby, a prezentuje się, w swej dostojności, o właśnie o tak:

 

Warto też wierzyć, iż Prasłowianie znali bardzo dobrze również i właściwości halucynogenne konopi, uważali ją bowiem za magiczną oraz świętą. Wskazuje na to niepodważalnie powołanie do życia pewnej bogini, która została ochrzczona, na cześć konopi, imieniem: “Konopielka”.

Była ona piękną, młodą niewiastą o białych włosach i jasnej cerze. Lubiła pieszczoty ciała i ducha, a nade wszystko uwielbiała – bez opamiętania wręcz – zatracać się w uniesieniu miłosnym, które mogło trwać dla niej, cały i ziemski czas i jeszcze chwilkę dłużej…

Lecz na jej wdzięczne i jakże uwodzicielskie względy, liczyć mogli tylko ci, co konopie szanują, czy kochają wręcz. Do tych innych, tych co w pogardzie je mieli, bądź co gorsza, niszczyli je, przygotowane miała zgoła inne oblicze.

Objawiała im się jako straszny, krwiożerczy stwór, nieznający litości, czy granic w swym okrucieństwie. Rozszarpywała ona swe ofiary na strzępy, tak by tylko, co to poniektóre flaki z nich pozostawały, albo raczej, jedna wielka, krwiście-czerwona plama.

Potworzysko to podobne było jako do niedźwiedzia, rosomaka i wilka razem wziętych. Było niebotycznie wielkie, koloru białego, o włosiu grubym, gęstym, ostrym oraz najeżonym – szczeciniastym. Kły i pazury tejże bestii, były tak dzikie i przerażające, że nawet najodważniejsi z wojów wszystkich, stąpających po ziemi, nieśmiali ich sobie nawet wyobrażać, i to w najmniejszym ich choćby widzeniu.

Dlatego, poprzestańmy na tym z naszym opisem, dodając już tylko na koniec, iż wcielenie to drugie, naszej obrończyni konopnej, nazwano: “Rosomochem”.

 

A teraz z powrotem na ziemie!

Konopie nie tylko w czasach słowiańskich służyły naszemu narodowi. Robiły to też i później, w czasach, gdy już kościół katolicki przejął na dobre nasze wierzenia, umysły, czy i ziemie.

 

Iwona Arabas, piszę w swym artykule zatytułowanym: “Z HISTORII UŻYWANIA KONOPI W POLSCE”, niniejsze słowa:

Szymon  z  Łowicza  polecał  parę  unoszącą  się  z  nad  gotujących  się  nasion  konopnych na uśmierzenie bólu zębów. Stefan Falimirz  i  Marcin  z  Urzędowa pisali  w swoich herbarzach o soku z nasion, który może spowodować ból  głowy.  Największą  znajomością  możliwości  wykorzystania   konopii  wy-kazał  się  Szymon  Syreniusz.  Jako  pierwszy  w  polskiej  literaturze  botanicznej  opisywał  ich  działanie  halucynogenne.  Wiedział,  że  używanie  konopi  może  spowodować  u  człowieka  różne  wizje  i  zmiany  nastroju.  Przytaczał  w  swojej  pracy  historie  z  pól  bitewnych  Wschodu,  gdzie  żołnierze  dla  dodania  sobie  odwagi  ,,z kwiatu  konopnego  czynią  sobie  masło-ki    rozmaite,  jedne  dla  wesołego  serca  i  dobrej  myśli  […]  inne  dla  miłości”

Wszystko to byli badacze z XVI wieku

Później w wieku XVIII, Krzysztof Kluk, jeden z najwyśmienitszych przyrodników jakich wydała z siebie Matka Polka, napisał niesłychane jak na tamte czasy dzieło: “Dykcyonarz Roślinny”.

Wśród wymienianych tam 1536 gatunków roślin znajduje się opis wykorzystania konopi w różnych dziedzinach życia. Pisał między innymi o przykrym i szkodliwym zapachu konopi (nie mam pojęcia o co może mu chodzić), lecz mimo tego polecał je jako roślinę leczniczą, mającą między innymi działanie nasenne i ból uśmierzające. Porównywał ich działanie do skutków powodowanych przez opium.

 

Jak zatem widzimy, konopie były znane i powszechne w całej niemalże Europie, i to od lat tysięcy. Używaliśmy je w celach najzwyklejszych i najniezwyklejszych. Mity z nich powyrastały, księgi zielarskie zwiększyły swą objętość, a lekarze dzięki nim leczyli swych pacjentów.

Szczególną pociechę przyniosły konopie nam,Europejczykom, którym to od zawsze krew wrze do zabawy i uciechy. Konopia wyczuła to i przystosowała się do tych narodów naszych, rozochoconych – dosłownie wżyła się w nie!

Sława jej krążyła tak jurnie i dumnie po całym starym Kontynencie, dotarłszy wszędzie, gdzie pospolity Europejczyk, a później nawet i dalej – do Nowego Świata

konopie płynął przez atlantyk

Po podbiciu Europy, czas najwyższy przyszedł, na kolejny kontynent, tym razem Amerykę Południową. To ona miała stać się jej nowym domem, w którym jak to już historia nam mówi, zadomowiła się bardzo szybko.

Przybyła ona tam w XVI wieku, na hiszpańskich statkach, pokonując bezkresy wód Atlantyku, które ciągnąć się mogły nawet i przez trzy miesiące. Tyle to bowiem czasu, niekiedy, zajmowała podróż ze Starego Kontynentu do Nowego Świata.

Uważa się, że to niejaki Pedro Cuadrado, hiszpański konkwistador, sprowadził konopie w swej drugiej podróży na nowy ląd, a to po to, by na niej ukręcić całkiem niezły biznes…

 

Już w 1545 r. nasiona konopi wysiano w Quillota Valley, niedaleko miasta Santiago w Chile.

Większość włókien konopnych z tych początkowych eksperymentów została wykorzystana do produkcji lin dla armii stacjonującej w okolicach. Reszta została wykorzystana do wymiany zużytego takielunku na statkach zacumowanych w Santiago.

Ewentualne nadwyżki zostały wysłane na północ do Peru, w którym też podejmowano próby uprawy konopi (jak i w Kolumbii), lecz tylko chilijskie eksperymenty okazały się skuteczne. Czemu? Nie wiadomo. Może to klimat, może farmerzy, a może zwyczajnie niedopatrzenie.

W każdym razie, biznes dobrze się kręcił i to tak dobrze, że hiszpańskie władze musieli go ostatecznie zamknąć, a to wszystko dlatego, że farmerzy pracujący przy uprawach zaczęli coraz częściej wykorzystywać konopie do zupełnie czegoś innego….

Konopia to krnąbrna dama. Ona nie lubi być zamknięta, przetrzymywana ku jakiemuś, i tylko temu, celu. Ona wolna chcę być. Ona chcę wędrować, latać, świat poznawać i kultury, a zwłaszcza umysły w nich żyjące. Wszystko to, robi na dużą skalę i to w bardzo krótkim czasie. 

[zobacz: rozmnażanie konopi]

Wystarczy podmuch tylko jeden, w odpowiednim czasie (jakim jest czas pylenia), i już miliony pyłków leci z wiatrem we wszystkie strony, padając na kwiaty swych sióstr, zapładniając je, by później ukształtowały się z nich nasiona, które znów, z kolei, są porywane przez następne wiatry i wiry, ptaki, czy inne dziwy tego nieskończonego świata, do których też i człowiek musi być przecież wliczony, bowiem to on właśnie, przyczyniał się zawsze, do jej największego i najrozpustniejszego, „puszczania” się po świecie.

 

Tak też było i tu, na Nowym Kontynencie. Musiało tak być, w końcu roślina ta, zaiste jest magicznie czarująca, a w szczególności dla ludów dzikich, pierwotnych, tych co praw nauki jeszcze dobrze nie znają, przeczuwając je jedynie, a pewni są tylko jednego: że świat ich, ten cały dookoła i wewnątrz nich, to jedna wielka magia jest, wypełniająca każdą istotę od środka i do zewnątrz, będąc i czyniąc nią. W sposób absolutny i nieskończenie skończony.

 

Biorąc pod uwagę wszystkie te cechy, po szybkim czasie, tubylcy, zaczęli ją stosować w swych osobliwych rytuałach, ceremoniach, czy innych odpustach, niekoniecznie odświętnych.

Gromadziła wokół siebie, coraz to więcej interesantów, którzy bardzo cieszyli się z nowej nawiązanej relacji, i to tak bardzo, że pozwolili sobie uprawiać ją już we własnym zakresie. Poza kontrolą białych twarzy.

 

W 1607 r. Gabriel Archer, podróżnik i odkrywca, obserwował już uprawy konopne tubylców w głównej ich wiosce Powhatan, gdzie obecnie znajduje się Richmond w Wirginii (hurrra konopia już dotarła do Ameryki Północnej!)

A w 1613 r. Samuell Argall, kolejny poszukiwacz przygód, stwierdził, że konopie dzikie są „lepsze niż w Anglii”, a w szczególności te, które rosną wzdłuż brzegów górnego Potomaku.

Już w 1619 roku pierwszy Virginia House of Burgesses uchwalił ustawę wymagającą od wszystkich plantatorów w Wirginii, aby na swoich plantacjach sadzili konopie „zarówno angielskie, jak i indyjskie”.

Konopie się przyjęły 😀

gdy zachód p0oznaje się na tobie

 

Teraz przenieśmy się znów do Indii, krainy ojczystej konopi, w rok 1883, gdzie to młody 24-letni irlandzki naukowiec Sir William Brooke O’Shaughnessy, prowadził swe liczne eksperymenty i badania.

Wszystko to działo się w Kalkucie, bowiem to tam właśnie nasz zasłużony absolwent Uniwersytetu Edynburskiego wyjechał, by spełniać się jako asystent chirurga, a przy okazji, wykładać chemie z tytułem profesorskim w Kalkuckiej szkole medycyny.

Ręce i głowę miał zawsze pełną pracy. Prócz wspomnianych wcześniej wykonywanych zawodów, parał się również wieloma eksperymentami z dziedziny fizyki, chemii i biologi.

Odegrał także dużą rolę w ugruntowaniu brytyjskich rządów w Indiach, tworząc na przykład rozległą telegraficzną sieć komunikacyjną, dzięki której zasłużył sobie później na tytuł szlachecki.

W chwilach relaksu często udawał się na spacery, by poznawać tam tamtejszą ludność, która szybko go zaciekawiła pod wieloma względami, a w szczególności częstym i licznym zażywaniem, tak dobrze nam znanej i jakże tam wychwalanej, konopi.

Wertując wiele specjalistycznych ksiąg medycznych, doszedł do wniosku, iż współcześni mu badacze, niezbyt dobrze rozwinęli temat konopi i jej właściwości medycznych.

Pisali oni głównie o jej cechach odurzających, nie wspominając prawie w ogóle o jej innych właściwościach, których, jak już później zobaczy nasz badacz i my, było całkiem przyzwoicie dużo.

Jako rasowy naukowiec przeszedł on więc od razu do eksperymentów.

By sprawdzić skuteczność oraz bezpieczeństwo swych preparatów wpierw posłużył się szczurami i myszami, później już koty i psy byli jego pacjentami, a po wszystkich satysfakcjonujących oraz udanych próbach, stwierdził, że przyszła kolej na nie co grubsze już zwierze, czyli człowieka.

Chociaż podczas wstępnych badań tych zauważył rzecz ciekawą i to na tyle, że postanowił wrócić do swych dawnych przyjaciół zwierząt…

To już nie myszy, a ryby trzymał w swym laboratorium. Znalazły się również tam sępy oraz inne ptaki, a nawet i owce oraz kozy.

Podejrzewam, że i konie wraz z krowami, czy świniami, by tam wpuścił, lecz koledzy uczeni już na niego zaczęli trochę krzywo patrzeć, więc poprzestał na tym co miał, a wspomniane wyżej: “wielkie zwierze”, badał już w terenie.

Wszystko to po to, by utwierdzić się w tezie, iż poszczególne gatunki zwierząt inaczej reagują na konopie indyjskie. Nie tylko chodzi tu o ich tuszę, a o ich nawet dietę. Już tłumaczę!

Stworzenia mięsożerne (ryby, psy, koty, świnie, sępy) szybciej się odurzały oraz na dłużej pozostawały pod wpływem. Zwierzęta za to roślinożerne, wypasane takie jak konie, krowy, owce, kozy; doświadczały jedynie trywialnych efektów, a dopiero naprawdę tęga dawka robiła im dobrze.

Po udanych eksperymentach czas znów przyszedł na człowieka!

 

Już wcześniej trochę słyszał od lokalsów, na co pomaga cannabis, więc pozostało mu w gruncie rzeczy potwierdzenie tylko owych stwierdzeń i przypuszczeń.

Na pierwszy ogień poszli chorzy na cholerę, reumatyzm, tężec i padaczkę. U tych ostatnich konopie działały nadzwyczaj dobrze. Z prawdopodobnego stanu śmierci (jak to bywało u niemowląt) po kuracji, wracały one niemalże do pełnego zdrowia.

Zauważył on również właściwości uspokajające oraz przeciwbólowe, jak i rozkurczowe – w szczególności przy  skurczach mięśni związanych z tężcem bądź wścieklizną.

Terapia konopna również podziałała na ciekawe zjawisko, jakim jest hydrofobia, która jest niczym innym jak irracjonalnym strachem przed wodą. Ludzie z tą fobią boją się pływać, brać kąpiel, a nawet i pić ją!

 

W 1839 r. jako ceniony już członek towarzystwa Medyczno-Fizycznego Kalkuty opublikował pierwszą na świecie pracę naukową na temat właściwości medycznych marihuany, i tym samym, wprowadził ją do świata białego człowieka.

Przyjął on ją dosyć łaskawie, bowiem już po roku niecałym, wielu lekarzy, przepisywało preparaty z niej na wszelakie wspomniane wcześniej (i nie tylko) dolegliwości, a w 1850 roku, cannabis został wpisany już do Farmakopei Stanów Zjednoczonych, co oznaczało całkowitą aprobatę władz i środowiska lekarskiego do korzystania z tegoż, że środka. Innymi słowy, można go było już kupić wszędzie! 😀

 

I się zaczęło! ^^

Osobistości z wyższych sfer: artyści, uczeni, odkrywcy, znudzone kanarki w swych złotych klatkach, czy i inni, obracający się w podobnych kręgach, z pewną dozą nieposkromionej fascynacji i zawziętej ciekawości, rwali się wręcz do spróbowania owej mistycznej egzotyczności. I to nie tylko w celach leczniczych…

Wiedzcie bowiem, iż ludzie z okresu tamtego, mieli bardzo mgliste pojęcie o używce tej. Kłębiła im się w niepojętych, gęstych dymach, tańcząc z błyskami wyobraźni, w których to malowali, najczęściej, natchnionych mistyków w drodze do oświecenia, czy stojących już przed (lub za) bramami boskiej percepcji.

Widzicie zatem, jak niezwykle pociągające doświadczenie to było dla osób żyjących w tamtych czasach, których – przypomnę – ząb cywilizacyjny już powoli dotykał, a wraz z nim, wyciszona tęsknota o pierwotnym człowieczeństwie. Dlatego, wielu z nich (szybciej niż jesteś w stanie przeczytać to zdanie do końca) zaopatrzyło się w tenże magiczny specyfik i zaczęło z nim swe pierwsze, własne eksperymenty.

 

I och! cóż za ciekawe to były doświadczenia! Najczęściej robili je w swych domach, a raczej dworach, czy pałacach, bo tak to mieszkały te pierwsze ucywilizowane zjarusy, jakich to nam nasza ukochana Mama Ziemia dała.

Poza tym weźmy pod uwagę jeszcze, iż byli to ludzie kultury i to wysokiej najczęściej. Większość z nich odbyło nauczanie muzyczne, z filozofią byli za pan brat, a malarstwo mieli w jednym paluszku.

Wiedzieli co dzieje się na świecie, byli niezwykle oczytani, a ich uwaga nie była, aż tak bardzo bombardowana przez bodźce zewnętrzne, jak nasza – obecna – gdzie to telefony i komputery, przejęły już nasze umysły, rozpraszając je na wszystkie strony świata, oddzielając nas nawet od samych siebie…

Wszystko to przysłużyło się do najsmaczniejszych trip reportów, jakie człowiek do dziś stworzył. Ich melodia, kunszt, precyzja i obfitość w samym to byciu, radują dusze i onieśmielają nawet i najśmielsze dziś umysły, a już na pewno mój, ten ptasi, pisklęcy wręcz.

“Poemat o Haszyszu” autorstwa Charles Baudelaire, wydany w 1860 roku, który to znajdziecie tu, pod tym o to linkiem:

https://pl.wikisource.org/wiki/Wino_i_haszysz/Poemat_o_haszyszu

Jest jedyny w swoim rodzaju, jest melodią uchwyconą w czasie i przestrzeni, obrazem z gracją namalowanym, pieśnią wprost nie z tej ziemi. A do tego jeszcze uczy, poruszając kwestie tak bliskie i tak ważkie, tym wszystkim, co to kiedykolwiek wyruszyli w podróż za białym królikiem o imieniu PSYCHODELIA – polecam go z czystością szemrzącego serca.

Kolejnym dziełem w temacie z tamtych czasów, z którym niestety nie miałem jeszcze przyjemności się zapoznać, ale na pewno kiedyś to nadrobię, jest “The Hasheesh Eater” autorstwa Fitz Hugh Ludlow z 1857 roku.

Tak jak to wcześniej miało miejsce, jest to swoisty trip report, obszerny tak, że aż na miano książki sobie zasłużył, ale nie tylko na to, bowiem był on tak poczytny w swoich czasach, wśród awangardowych kręgów, że aż opoką został pod wschodzącą ówcześnie bohemę literacką.

Z niej wypłynęli pisarze tacy jak choćby Mark Twain, filar amerykańskiej literatury, albo nieco późniejszy, ale też powiązany Hunter S. Thompson znany nam wszystkim dzięki filmowy Las Vegas Parano, który oparty był o książkę tegoż, że pisarza pod tytułem tymże oczywiście samym, tyle że w oryginale ;–))))

Ludzie się bawili, czerpali garściami z nowych psychodelicznych doznań, poznając swą naturę i istotę wszechrzeczy wokół. Niektórzy wreszcie pozbawili się swych granic, czując się znów jako to dziecko, i uwierzcie mi, cóż za ryk i śmiech musiał być, jak taki ułożony pod ślinę 30 czy 40-latek – upojony haszyszem – nagle obudził w sobie, przejętego całym światem dookoła, brzdącowatego, nakręconego bączka, będąc przecież tak dostojnym już mężczyzną – pod muszkę – w schludnie zadbanym tużurku.

Poniektórzy jednak, gdzie indziej zwrócili swą uwagę. Na rzeczy mniej widzialne, a bardziej odczuwalne, zmysłami niepojętymi, bo przez przeczucia ledwie co objętymi. Mówię tu o psychozie, co to z lekka już naradzała się w narodzie.

Zatracali się w swej myśli, ignorując świat zewnętrzny do stopnia takiego, że aż ośmielali się mu sprzeniewierzać. Nie tylko nie dochowując mu wierności, a całkiem w niego wiarę swą zatraciwszy, myśląc i mówiąc, że to wszystko to sen niby jako tako jest – Iluzja, a nie rzeczywistość.

A przynajmniej w stopniu patologii tej najwyższym tak się działo…

Większość pacjentów, objętych tym spaczeniem umysłowym, częściej wybierała już świat halucynacji, niż rzeczywistości, co później oczywiście odbijało im się na zdrowiu. Nie tylko tym fizycznym, czy umysłowym, ale też i społecznym, bo ludzie, widząc takich zombie, chodzących i bełkoczących o bzdurach pod gołym niebie, nie chcieli mieć z nimi nic do czynienia – ni sprawunku, ni uprzejmości, ni chwili choć jednej.

[…] Dlatego, zważajcie i na to moje drogie potheadki, nie zatracajcie się w sobie, bo inaczej nie polecimy dalej z tematem ;–)))

Mimo tego wszystkiego, konopie, bardzo dobrze się przyjęły. W Farmaceutyce zadowoleni byli z nich lekarze oraz ich pacjenci. W całym niemalże cywilizowanym świecie, cannabis, zyskał miano leku i to na dolegliwości wszelakie, tak obszerne i różnorodne, że stał się wręcz dla niektórych istnym panaceum – remedium na wszystkie ich dolegliwości.

W aptekach sprzedawano nawet kuleczki-pigułeczki z haszyszu obtaczane w cukrze dla poprawienia ich smaku (mniam!), ale prawdziwym hitem – i to światowym – był szwedzki napój prozdrowotny na bazie nasion, który nazwano: “Maltos-Cannabis”.

Producenci polecali go jako wyśmienity zamiennik lunchu, w szczególności, dla dzieci w szkołach czy wśród osób starszych. Produkt ten ponoć nawet wygrał w 1894 roku ogólnoświatową nagrodę: “Exposition Internationale d’Anvers”, która była przyznawana za wielkie osiągnięcia narodom, przyczyniającym się jakoś dla dobra ogólnego świata.

A w przemyślę przetwórczym, panowała prawdziwa rewolucja. Ubrania, papier, liny, takielunki dla żaglowców, domy nawet, czy wszystko inne: tekstylne, wszystko co tylko mogło być, było robione już z konopi, bijąc tym samym swą roślinną konkurencję na głowę.

Konopne plantacje pokrywały cały świat. W każdym niemal rozwiniętym państwie było ich mnóstwo, nie mówiąc już o wielkich “krajach kolosach”, tam to nawet prezydenci mieli swoje własne uprawy, jak to na przykład było z George Washington’em, czy Thomas Jefferson’em.

A w stanie Virginnia doszło niby do takich rządowych akceptacji konopnych, że aż dekret wydano, na którego prawie, każde gospodarstwo domowe, czy przemysłowe, miało na swej ziemi uprawiać konopie, inaczej gospodarze ci, mieli ulec karze – Niestety nie doszukałem się, jakiej konkretnie, ale może ktoś z czytających się dokopie do tego i wspomoże nas tą informacją? ;-))

Żeby tego jeszcze wszystkiego było mało, a uwierzcie, że jest jeszcze więcej, to sam ojciec amerykańskiej motoryzacji, Henry Ford, stworzył prototyp samochodu właśnie z konopi, napędzany paliwem (zgadnijcie jakim) – konopnym!

Wszystko to, aż zbyt piękne było. Cały światowy rynek, cały świat wręcz można powiedzieć był już podbity przez nową koronę – Królewnę Konopną.

Wchodziła ona na wytworne salony jako ta uwielbiana i wielce znana, gościła w gabinetach najbardziej uczonych i była tam traktowana bardzo poważnie, a na wsi to już ją w ogóle najbardziej chyba ceniono – a to za jej szczodrość i obfitość, jakie zawsze ze sobą wnosiła, a to za jej opiekę oraz siłę, z którą nic nie było już poczciwemu wieśniakowi straszne.

Niestety, komuś się to wszystko w końcu nie spodobało…

Prohibicja

Musiał i kiedyś ten dzień nadejść. Dzień pełen smutku i rozpaczy, dzień, w którym skazali na śmierć naszą Konopną Królewnę. Dzień, w którym zatrzymała się ziemia… – nie no żartuję, ziemia się nie zatrzymała, chociaż może dla niektórych, któż to wie….
 
Wszystko, co dobre się skończyło. Nie było tych zabaw jawnych, co to kiedyś szturmowały wszystkie “na czasie” salony, nie było już tych aptek, gdzie można było kupić (bez żadnej recepty) trochę tej czekoladki magicznej, i zaczęło się nowe – absurdalne, niepojęte.
 
A gdy już przy tym jesteśmy, przy tej niepojętości, to cóż to ja mogę dalej rzec, jak nie posłużyć się znanym i oklepanym hasłem: “jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”

I tak to też było i w tym przypadku. Wielkie koncerny, szczególnie papiernicze, odzywały się o “swoje”. Nie podobało im się, że tyle zainwestowanych pieniędzy w drewno, stracą na rzecz jakieś tam, znikąd, konopi, którą tak łatwo mógł i najułomniejszy z chłopów uprawiać z nieskąpym powodzeniem.

Ale też i o “knagę pańską” rozchodziło się w tym wszystkim, która już z lekka traciła na sile swego uścisku – zamordyzmu, a to wszystko, właśnie dzięki konopiom i ich oddziaływaniu otwierającym umysł, oczy oraz głos, nie raz tak potężny jak sam Lew Judah, rastafariański symbol wolności.

Pierwszy więc ryk sprzeciwu, w imię wolności, wydobył się właśnie na Jamajce. Wyspie oddzielonej od cywilizacji, wyspie osiedleńców z przymusu, wyspie zaiście rajskiej, lecz niestety przez koronę brytyjską zniewoloną.

To tam właśnie, lud powoli budził się do życia, widząc wszystkie te absurdy narzucone przez samozwańczych panów ziemi, które wszędzie dookoła były odczuwalne.

Widział, poznając bardziej swego oprawce, że w zasadzie, on nie różni się, aż tak bardzo od niego, od tego czarnego człowieka, czy innego, nawet i bardziej kolorowego.

Wszyscy stąpali przecież po tej samej ziemi, która ich karmi tym samym owocem, na który każdy – bez wyjątku – musi sam zapracować swoją własną szlachetną pracą, a nie wysługiwać się kimś innym, i to pod grozą kary, którą to nawet, w tamtych pokaranych przez Boga czasach, i śmierć mogła być.

 

Zaczął więc człowiek ten upodlony, sprzeciwiać im się na każdym kroku, już nie prosząc, a wręcz walcząc o swą wolność. Ruch Rastafarian z wolna się wtedy naradzał, chociaż mowy jeszcze o nim jawnie nie było, za to panował już klimat, który ów ruch stworzył – klimat tęsknoty do domu, do wolności.

Władza więc ówczesna musiała coś począć z tym faktem narastającego sprzeciwu i uderzyła w domniemaną według nich przyczynę tegoż, że buntu – w marihuanę. W 1913 roku oficjalnie została ona z rąk władz białoskórych (i za przyzwoleniem kościoła ewangelickiego) zakazana na Jamajce. Pod każdym możliwym względem.

I się posypało dalej…

  • 1914 – Brytyjski Protektorat Afryki Wschodniej [*]
  • 1920 – Sierra Leone, Meksyk [*]
  • 1922 – RPA [*]
  • 1923 – Kanada, Panama [*]
  • 1924 – Sudan [*]
  • 1925 – Liga narodów, Trynidad i Tobago [*]
  • 1926 – Liban, Australia [*]
  • 1927 – Indonezja [*]
  • 1928 – Zjednoczone Królestwo, Rumunia [*]
  • 1934 – Irlandia [*]
  • 1935 – Tajlandia [*]
  • 1937 – Stany Zjednoczone [*]
  • 1948 – Japonia [*]
  • 1951 – Polska [*]
  • 1953 – Tunezja, Niderlandy [*]
  •  1956 – Maroko [*]
  • 1965 – Nowa Zelandia [*]
  • 1966 – Finlandia [*]
  • 1968 – Wietnam [*]
  • 1969 – Dania i Islandia [*]
  • 1973 – Nepal [*]
 
Zakazy, kryminalizacje, prohibicje, ograniczenia w handlu, czy jakiejkolwiek dystrybucji, leciały i docierały, wszędzie tam, gdzie zamordyzm białego człowieka rządził swą nieludzką dłonią i jakże małpią głową, która zamiast oczu, czystych jak zwierciadło duszy, miała dwa wielkie znaczki o jakże wężowym charakterze: $_$

 

A skąd w ogóle ten pomysł, iż to marihuana właśnie była zarodkiem tychże buntowniczych zachowań wśród rzeszy niewolników nie tylko na Jamajce, a wręcz i całym, zdobytym przez koronę światem?

A no stąd, że już wcześniej przeprowadzono pewne ciekawe badania, do których niestety nie mogę rzeczowo dotrzeć, dlatego wybaczcie mi proszę, ale od teraz, będę uprawiał zabawę w głuchy telefon, bo informację też mi tą podesłał pewien konopny działacz znany w internecie jako: Kapitan Tomek z Radia Na Fali – Pozdrawiam ciepło!

A teraz do rzeczy!

Ponoć, po wojnie kolonialnej, gdy już nastał jako taki pokój w szeregach białego człowieka, po którym nastąpiły też i odpowiednie porozumienia z rdzennymi mieszkańcami, biały człowiek, a raczej biały diabeł, potworzył dla niektórych Indian specjalne wioski, które wziął pod swą pieczę. Dał im prawo, pracę, oraz żywność. Pobudował dla nich domy, pokazał nowe ubrania, dał atrakcje z wielkiego świata, słowem – ucywilizował.

A co się wiążę tak nierozerwalnie z tymże ucywilizowanym życiem? – nieodparta chęć uwolnienia się od niego. Dlatego też, prócz innych ucieczek sięgamy i po przeróżne substancję, by się, po prostu, zwyczajnie odchamić.

“Biały Diabeł” wiedział i to. Zasada ta sama działa na każdym z kontynentów. Człowiek dobity życiem “cywilizowanym” pohula trochę, zabawi, posmakuje tego, do czego mu tak tęskno było, a później, znów wróci, by harować w pocie czoła jak wół dla nieludzkiego systemu – bezdusznej maszyny.

Przebieg taki, jak najbardziej satysfakcjonuje i do dziś naszego – u władzy – diabełka. Teraz dopracował swój system do perfekcji, ale w czasach tamtych dopiero co go testował. Wraz z pojawieniem się nowej używki – konopi, doszedł do wniosku, że koniecznie musi sprawdzić, jak ona się sprawdza w tymże układzie babilońskim.

Dlatego, po czasie podzielił wioski. Jednym dowożąc tylko sprawdzony już alkohol, a drugim tylko eksperymentalną marihuanę. Wyniki były zatrważające, a przynajmniej dla “Białego Diabła”, bowiem ludność gdzie to marihuana wiodła prym, szybciej oczy swe otwierała i wracać prędziutko chciała na swe upragnione, błogie i jakże spokojne sprawiedliwe łono przyrody, gdzie wszystko było zgodne ze sobą.

 

Dlatego też i “Biały Diabeł” czym prędzej i czym tylko mógł, napierał na Konopną Królewnę, by znikła już z Ziemi i świat o niej jak najrychlej zapomniał, a jak już, by coś tam o niej świtał, to tylko to, że jest ona straszliwie szkodliwa i w zasadzie nieważna w życiu człowieka.

Jego kampania ku demonizacji konopi była naprawdę imponująca. Poczynając od wyssanych z palca artykułów w prasie o rzekomej demoralizacji narodu amerykańskiego przez ów używkę, przechodząc już do spotów reklamowych, czy filmów nawet – zarówno krótko i długometrażowych.

Jeden z nich, w roku 1936, zrobił całkiem przewrotną furorę w środowisku jaraczy zioła, a to dlatego, że film ten zwany: Reefer Madness” był tak absurdalnie śmieszny, że aż ustanowiło go to pierwszym “Stoner Film” wszech czasów, czyli kinem typowym do palenia zioła. Później powstała o niebo jeszcze lepsza adaptacja pod tytułem: “Reefer Madness: The Movie Musical” z 2005 r.

 

Marihuana stała się dosłownie demonem w jednej tylko chwili, i była tak przez następne kilkadziesiąt lat, obmawiana – na wstrętne, najwymyślniejsze sposoby, że niby to obyczaje ludzi kultury niszczy i wierci dziurę w głowie młodzieży niczym robal składający tam plugawe, obślizgłe jaja, czy i zdrowie psychiczno-emocjonalne, podupadało przez nią, rodziny się kłóciły i niszczyły itp. itd.

Po wygraniu II Wojny Światowej Stany, które były już możnowładcą świata i każde prawie państwo miało “dług” wobec nich, prowadziła swą przeciw konopną politykę dalej, tym razem podważając właściwości medyczne marihuany. Dochodziło tu do manipulacji faktami, poniżeniem wszelakich autorytetów, czy w ogóle przykrycie całej sprawy, mówiącej o wartościach leczniczych marihuany.

Dopięli swego. W 1949 r. przedstawiono raport „The Physical and Mental Effects of Cannabis”, który mówił, iż „cannabis jest pod każdym względem groźnym narkotykiem” oraz że „nie tylko samo palenie marihuany jest niebezpieczne, ale również jest ono bezpośrednią przyczyną zażywania innych narkotyków, w tym dożylnego wstrzykiwania heroiny”.

W 1952 roku ONZ postanowiło zasięgnąć rady WHO, która pod wpływem nacisków ze strony USA potwierdziła ową wersję, stwierdzając, że pochodne marihuany nie mają zastosowania w medycynie.

 

A już dno “Białe Diabły” osiągnęli w 1974 roku gdzie to z ręki Ronalda Reagana, amerykańskiego prezydenta, powołany został do życia szokujący eksperyment na małpach, który to miał jasno (bo z góry już to było ustalone), powiedzieć, że marihuana niszczy dosłownie mózgi, zabijając w nim szare komórki.

Również i w tym dopięli swego. Przez długi okres, w odizolowanej siedzibie instytutu badawczego, znęcali się zwyczajnie na setkach małp. Każda jednorazowa małpa była zmuszana do wdychania dymu konopnego – przez specjalistyczną gazową maskę – który odpowiadał dawce ponoć blisko 60 joitnów.

I tak codziennie przez 3 miesiące. Po tym czasie następowało już obumarcie szarych komórek jak i w ogóle wielu małp. I to nie z powodu marihuany, a po prostu niewystarczającej ilości tlenu przez nie wdychanego. Maska im stanowczo to uniemożliwiała.

Eksperyment ten należał do tzw. drugiej fali propagandy, która była niczym innym jak odpowiedzią na hippisów i ich bardziej świadomego patrzenia na świat, a co gorsza, zadawaniu pytań, albo -o zgrozo- domaganiu się wolności i racjonalności we wspólnym koegzystowaniu. 

 

Zaiste straszne czasy to były, ale nasza Królowa, jak to świadoma władczyni w zwyczaju postępuje, po prostu, je spokojnie przeczekała i pojawiła się w chwili do tego najstosowniejszej, by ukazać się znów światu całemu, z siłą jeszcze niezaprzeczalnie większą i zdecydowanie pewniejszą, niż kiedykolwiek było to przedtem w znanym nam jak dotąd świecie. “Tej siły już nie powstrzymacie!” – zdawałoby się, że niesie na swych ustach koloru seledynowego ;P

Współczesność i jej korzenie

Dziś Konopie, tak jak mówiłem już na wstępie, są niezaprzeczalnie jedną z najpopularniejszych roślin na świecie. Dotarły już wszędzie gdzie tylko mogły, i każdy racjonalny się nimi zachwyca, albo chociaż, szanuję, czy też, i szeroko toleruje.

Oczywiście są jeszcze zaściankowscy, ale należą oni głównie do starszego pokolenia, które i tak, prędzej czy później, zostanie przekonane przez swych wnuków lub dzieci, czy zwyczajnie w świecie, odejdzie na drugą stronę. Zadbajcie tylko o to proszę, by mieli oni odpowiedni pakunek, jak to nasz Ramzes II miał hihi ;–)))

Ale jak to się wszystko zaczęło? Cóż… przez kulturę, przez sztukę. Wpierw byli to Jazzmani lat 20, 30 i 40, później generacja Bitników (do końca lat 50), a potem to już Dzieci Kwiaty i ich nasienie, które rozsiało się pięknie i bujnie po całym współczesnym nam świecie, dając owoc, w którym to już z wolna się wszyscy rozsmakowujemy. 

Konopia od zawsze lubiła ludzi sztuki, z nieukrywaną wzajemnością. Wszystko to dzięki jej oddziaływaniu na zmysły, które pod jej wpływem jakby się rozjaśniały, jakby ulegały deformacji i to tak znaczącej, że aż stymulującej do działań wcześniej nawet niepomyślanych.

Dlatego, w kręgach artystycznych była najobrotniejszą z dam – każdy z nią chciał coś tam zdziałać, każdy chciał z nią choć trochę pohulać. Nic zatem dziwnego, że nasza “Królowa”, trafiwszy na tak podatny grunt, tak się rozkręciła, że aż wokół całej Ziemi się zakręciła, a właściwie, to cała ziemia stała się nią, bo tak często o niej myślała haha.

A któż to taki pomagał jej i pomaga nadal w tak trwałym i chyżym kręceniu się po świecie? – posłuchajcie… 

Niejaki Mezz Mezzrow, jazzowy klarnecista rodem z lat 20’s był równie znany z pasji do jazzu, jak i do zioła. Zawsze miał przy sobie najlepszej jakości towar i to w ilości, co najmniej satysfakcjonującej.

W 1939 roku zamknęli go nawet do puszki, za próbę wniesienia ponad 60 jointów do jednego z Jazzowych Klubów. Będąc już w niej, powiedział, że chcę wylądować w celi z kolorowymi, bowiem czuję, że już dawno granicę oddzielającą białego od czarnego przekroczył i zdecydowanie będzie się czuł nieswój wśród białych.

W jego czasach zaczęli nawet mówić potocznie na trawkę od jego imienia: Mezz. W kręgach jazzowych znał go każdy, a przede wszystkim Louis Armstrong, bo nie dość, że był jego największym klientem, to jeszcze uczynił z Mezza swego menadżera, partnera do gry i lolka oraz oczywiście przyjaciela na niemalże całe swe zielone życie.

Aż trudno się tu nie pokusić o hipotezę, czy jakoby marihuana nie była przypadkiem praprzyczyną powstania jazzu, biorąc pod uwagę bycie jego niezastąpionym stymulantem i towarzyszem, a dalej – bezceremonialnie już idąc – czy to nie aby dzięki niej właśnie, rasizm, w swej czystej postaci, nie zaczął podupadać?

[zobacz: Jazz przeciwko rasizmowi]

A teraz przenieśmy się w czasie do lat 50, gdzie to nieformalny i jakże awangardowy ruch literacko-kulturowy się zrodził, na którego czele stał poeta Allen Ginsber, który był i również (co nas najbardziej powinno tu interesować) działaczem, wojującym o wolność konopi. I to dosyć znaczącym, lecz zanim o nim zacznę opowiadać, przydałoby się co nieco zarysować jego “ugrupowanie”.

Bitniców (ang. beat generation – od bycia “beat-up”), łączyła przede wszystkim idea powszechnego anarchizmu indywidualnego, jak i nonkonformizmu. Chcieli robić wszystko ze sobą co tylko chcieli, i grzechem dla nich największym, była jakakolwiek interwencja ze stron zewnętrznych, bądź co gorsza, kontrola pod groźbą kary. Wychodzili z założenia, że chcącemu nic się nie dzieje, że każdy ma niepodważalne prawo do życia swoiście własnego.

W tymże swoistym życiu często pojawiał się właśnie proceder zażywania wszelakich narkotyków. Pejotl, pewien kaktus z Nowego Meksyku, był wtedy na sporawym wzięciu, a to wszystko dzięki książce Aldous Huxley’a pt.: “Drzwi Percepcji”, uważanej, swoją drogą, później, za biblie hippisów.

Lecz prawdziwy prym w tej dziedzinie, wiodła oczywiście marihuana, która z jednej strony była ich napędem twórczym, a z drugiej, chwilą odpoczęcia od zgiełku myślowego, jak i miastowego. Nic więc dziwnego zatem, że zakaz palenia niewinnej trawki, wzięli za swój niejako symbol sprzeciwu, do którego często się odwoływali w swych protestach, marszach, czy dyskusjach publicznych i również tych zakulisowych.

Allen Ginsber stawał w kontrze do tej niemiłosiernej propagandy, jaką niosły ze sobą władzę amerykańskie. Zarzucał im publicznie jawne kłamstwa i oszczerstwa, wskazując na poczynioną manipulacje faktami, i tym samym, stał się jej pierwszym publicznym obrońcom.

Przy każdej okazji, próbował nauczać społeczeństwo, że trawka nie jest, aż tak groźna, jak ją mass media malowały. Wręcz przeciwnie, dzięki niej, otwiera się pewna przestrzeń nowego pojmowania rzeczywistości, a z nią idzie w parze uczucie naturalnej ciekawości, które, jak on sam mówi, powinno być powszechnie doświadczone, ze względu, na swą przydatność w poznawaniu obszaru zwanego świadomością.

W swych essejach pisał, iż ludzie powinni mieć możliwość wyboru: stanięcia przed drzwiami z napisem “trawka” i podjęcie własnej, racjonalnej decyzji, czy ów drzwi chcą przekroczyć, czy może też i nie. By ów racjonalizm miał miejsce, muszą być, co najmniej, dobrze poinformowani, a to będzie tylko możliwe, gdy sprawa marihuany zostanie podana uwadze publicznej, w której zarówno strona za i przeciw zostanie dopuszczona do nieprzerywanego głosu.

Głoś ten, dopiero pod koniec lat 60 otrzymaliśmy i to jeszcze nie w pełni…

Tak jest, to Dzieci Kwiaty, które wyruszyły badać swe drogi pod impulsem zdarzeń swych wiernych marzeń.

Czas wsiąść i dać porwać się okolicznością, zostawiając wszystko za sobą, płynąć z prądem, który zawsze zabierze cię na swoje miejsce, którym wtedy akurat były Stany. Jak to zawsze z resztą we współczesnym już świecie bywa – Stany, jako przód, jako istna awangarda naszej cywilizacji, gdzie najwięcej złotych głów, promieniujących od świetlanych pomysłów, się rodzi.

Świat zawsze patrzy swymi oczyma na te promienie, najgęściej zebrane, a my przyjrzyjmy się wraz z nim, by odszyfrować przeszłość naszych konopnych zdarzeń.

Wtedy urodziły się niezłe słoneczka, przyznam szczerze, które za swój symbol, prócz długich włosów i odjechanych tripów, wzięli też i naszą Marie. Zieloną, łaskawą Anne, pannę Marie – Konopną Królewnę, błyszczącą całą szmaragdem, mieniącym się w dymkach, które niosły się za nią, gdzie tylko by się nie udała.

I tako i oni, hippisi, gdzie by się nie zjawili, tam zostawiali za sobą tenże dymek czegoś złociście pięknego, i jakże pod niebiosy błogo zanoszącego. Tak krok po kroku, chmurka po chmurce, i już byli tam wszyscy na tej upragnionej swej górce, co to z obłączków pachnących stworzona została and… “with a little help from my friends” – jak to śpiewali wszyscy wtedy razem.

Turn on, tune in, drop out” – to było ich hasło wypowiedziane w preludium do Lata Miłości w 1968 r. przez Timothy Leary’ego do ponad 30 000 hippisów zebranych w Golden Gate Park w San Francisco, złączonych ideą “Human Be-in”, w której najczęściej widziane hasła to: decentralizacja państwa, eco-życie oraz te najbardziej nam znane: Pokój i Miłość.

“Zarzuć, dostrój się i odłącz” – że tak pozwolę sobie luźno przetłumaczyć, by jeszcze jaśniej nam to hasło stanęło przed oczyma. A aby zaświeciło jeszcze mocniej, dopowiem, że głównie odnosiło się ono do LSD, ale właściwie i do wszystkich substancji z kategorii psychodelicznych, do których, bądź co bądź marihuana również się wlicza.

[Zobacz: LSD]

Człowiek pod wpływem zażytej substancji już się odpalił, już zarzucił to co miał. Teraz, za chwilę, jego postrzeganie zmysłowe zmieni się, zobaczy świat w innych barwach, nasyceniach, częstotliwościach…

…a gdy już to odczuje, dostrzegając zmysłem wcześniej nieznanym, to zrozumie, w jakiej obłudzie obyczajowej żyje świat mu od narodzin znany. I tu właśnie, następuje to krystalizujące spełnienie z “odłączenia się”, i wejście w świat bezgranicznie nowy, czarujący, intrygujący swą istotą i niesamowicie zabawny, ale też i – uwaga – niezdrowo zniewalający. 

 

[Zobacz: wpływ psychodelików na życie]

Pod wpływem zioła również mogło i to mieć miejsce, ten swoisty kontakt z “innym wymiarem”. Warto sobie zdawać sprawę, iż obecnie moc zioła jest stłumiona przez częstotliwość jego zażywania. Organizm się przyzwyczaił do THC i już z większą subtelnością na ów związek reaguję. Wcześniej, marihuana miała moc porównywalną nawet i do dzisiejszych grzybów, a przynajmniej ich dawki “terapeutycznej”.

W każdym razie, w tamtych czasach, była ona lekkim dostroicielem do tego wszystkiego bez którego obyć się nie było można, będąc już tym rasowym Hippisem. Większość z nich paliła, czy była zaznajomiona z tematem elegancko. Wtedy, można powiedzieć, trawka zżyła się najbardziej z człowiekiem zachodu i miało to swoje zauważalne konsekwencje, i to nie tylko te pozytywne…

Wcześniej wspomniany Timothy Leary tak o to wyrażał się o paleniu:

 

Czyż nie brzmi to znajomo przynajmniej dla niektórych z nas? Cóż… przejdźmy z tematem dalej ;–))))
 

Jak już zobaczyliśmy, dla hippisów trawka była nieodłącznym elementem życia – nawet i tego posthipisowskiego. Woodstock się skończył, drogi do poznania również, a nawet i wojna w Wietnamie w końcu dobiegła swego końca i czas przyszedł, dla wszystkich tych dziewiczych, niezbrukanych prawdziwym życiem jeszcze kwiatów, stać się dojrzałym już owocem, w dojrzałem już świecie, dbającym nie tylko o chwilę teraźniejszą, ale i o przyszłość, która była -jak to zwykle ostatecznie z człowiekiem bywa – domem, rodziną oraz i dzieckiem.

Chcieli mieć to wszystko jak najszczęśliwsze, więc i o trawce pomyśleli, wychowując swe radosne pociechy, i w końcu zasiadając na swe zaszczytne (bo najliczniejsze) miejsce, w rzędach do urn wyborczych, przegłosowali to co mieli, by znów konopia stawała się z wolna WOLNA!

Wpierw zaczęło się od tak zwanej dekryminalizacji, czyli braku odpowiedzialności karnej za posiadanie “nieznacznych ilości”. Termin ten z czasem się zmieniał i ewaluował w różne stadia. Gdy na początku to wchodziło, w 1973 roku, Teksas uznał posiadanie, aż 4 uncji (czyli 100 gieta z dobrym hakiem!) za wykroczenie jedynie, niemające większego znaczenia przed sądem, bo uznawane za szkodliwość społeczną dosyć małą. Adalej jak było? Zobaczcie sami:

  • 1973: Oregon staje się pierwszym stanem, który zdekryminalizował marihuanę – zmniejszając karę za jedną uncję do 100 dolarów grzywny.
  • 1975: Alaska, Maine, Kolorado, Kalifornia i Ohio dekryminalizują konopie.
  • 1975: Sąd Najwyższy Alaski stwierdza, że prawo do prywatności obejmuje posiadanie niewielkich ilości marihuany.
  • 1976: Minnesota dekryminalizuje konopie.
  • 1977: Mississippi, Nowy Jork i Karolina Północna dekryminalizują marihuanę.
  • Południowa Dakota również dekryminalizuje marihuanę, ale prawo zostaje uchylone niemal natychmiast po tym.
  • 1978: Nebraska dekryminalizuje konopie.
  • 1978: Nowy Meksyk uchwala ustawę Controlled Substances Therapeutical Research Act, stając się pierwszym stanem, który uchwalił przepisy uznające wartość medyczną marihuany.
  • 1979: Virginia przyjmuje przepisy zezwalające lekarzom na zalecanie marihuany w leczeniu jaskry lub skutków ubocznych chemioterapii.
  •  1982: Alaska przyjmuje przepisy w celu dalszego obniżenia kar za konopie indyjskie.

Świat patrzał na Stany i szedł za nimi. Prawie wszyscy, na każdym z kontynentów, czynili jak oni. Prócz Polski, niestety, bo ona jako jedyna, gdy już pierwsza fala się skończyła, fala przychylniejszego przez władze patrzenia, i zaczęła druga, idąca do pełnej już legalizacji, władze nasze, postanowiły się cofnąć i ją zakryminalizowali…

Pewno chodziło tu o szerzącą się kulturę hip-hopową, bo było to w roku 1997, czyli w czasie gdy rap na naszej ziemi już dobrze się przyjął i zakorzenił tak mocno w undergrandzie, że już koroną swą, przebijał się z podziemnych klubów nocnych na ulicę wszystkich większych i mniejszych miast. Wszyscy jarali się rapem, a przy tym i ziołem, bo taka to już odwieczna jest spółka: dobre ziółka i kwitnąca rapu szkółka.

 

Na swych trakach wiele nadawali o ziole. Nawet Zakon Marii ku jej chwalę powstał, dzięki ekipie K44, która później w Baku Baku skład się zmieniła, by od 98′ roku do 01′ dać ponad 150 koncertów w całej Polsce, co na tamte czasy było na prawdę sporawo, a przynajmniej jak na zespół podziemnych HulajDusza-freaków.

Wtedy każde miasto, każde osiedle, czy nawet i każde podwórko, miało już swego rapera czy beat-makera. Tematem kręcono, aż miło, bujając się do każdej nowej, następnej zwroty, rozbijając się przy tym po mieście z całą swą zbakaną ekipą. I tak dzień w dzień, przez całe lato i nie raz, nie dwa – całe życie. Nie było bata, że psiarskim się to w końcu tak nie spodoba, że aż zawyją do swej centrali, by tam podjęli już – te polityczne pingwiny – odpowiednie działania ku likwidacji zieleni wśród naszej wszechpolskiej młodzieży…

Ale mniejsza już z tym! Wróćmy znów na ten zielony zachód – na który i teraz zwrócić uwagę powinniśmy, by u nas było jak u nich, a nawet i lepiej!

Pierwszy Stan, który zalegalizował konopie do użytku medycznego to Kalifornia. Stało się to w roku 1998 za sprawą “propozycji 215”, która stworzona została przez aktywistę marihuanowego z San Francisco, Dennisa Perona, ku pamięci swojego partnera, Jonathana Westa, który używał marihuany w leczeniu objawów AIDS.

Od tej chwili, każdy z lekarskim orzeczeniem, o które nie było aż tak trudno, bowiem wystarczyło mieć choćby orzeczoną migrenę, mógł kupić trawkę w specjalnie powołanych do tego placówkach. Zarówno tą z większą ilością stosunkową CBD, określaną obecnie jako medyczna, jak i tą o trochę większym współczynniku THC, która również, o dziwo, leczy ;–)))

Efekt kuli śnieżnej zadziałał. Coraz więcej stanów, jak i krajów, szło ramię w ramię z Kalifornią, która rok w rok, udowadniała światu i swemu kraju, że jest to najlepsze z możliwych rozwiązań, bowiem nie dość, że lud został zaspokojony i uleczony ze wszelakich chorób, a to sprawa najważniejsza, to jeszcze gospodarka poszybowała w górę, dając przychody każdemu tak wielkie, że ludzie z prostych rolników, milionerami nawet zostali.
 
Jednym z najbardziej obecnie znanych jest Michael Straumietis znany jako Big Mike. Kiedy miał 19 lat, a był to rok 1979 założył firmę zajmującą się nawożeniem “trawników”, która w rzeczywistości produkowała nawozy do tej innej troszkę trawy… A gdy miał lat 23, zaczął już uprawiać marihuanę i to na większą skalę. Po kilku owocnych latach nadzorował już uprawy ponad miliona roślin doniczkowych, co sprawiło, iż był on łakomym kąskiem dla DEA i marszałków USA, przez co żył jako uciekinier przez prawie dekadę i to pod siedmioma różnymi tożsamościami.
 
W 1996 roku widząc niechybny wzrost zainteresowań konopiami, jak i rodząca się już z wolna aprobatę rządu, postanowił wszystko sprzedać i cały swój pieniądz posiadany, ulokować w plantacje z jeszcze większym rozmachem, zatrudniając przy tym ponad 200 ludzi.
 
Warto zauważyć, że wtedy jeszcze było to przedsięwzięcie nielegalne, więc było to dosyć ryzykowne zagranie, ale by coś zyskać w wielkiej grze, ryzyko jest przecież nieodzowne. I tak o to, po 2 latach, cała Ameryka się na trawkę otworzyła, a on był pierwszy, który nie dość, że miał już towar to jeszcze działającą w pełni placówkę z solidnie doświadczonymi pracownikami. Obecnie zarabia koło 100 milionów dolarów rocznie.

 

I cóż tu dalej rzec mogę, historia nasza o Konopnej Królewnie dobiegła właśnie do dnia dzisiejszego, w którym proces całkowitego jej uwolnienia jeszcze trwa, bo przypomnę, że dziś w Polsce posiadanie jednego jointa, o kilku zaledwie procentach THC, jest karalne nawet i do 3 lat więzienia.

Czas coś z tym zrobić, nieprawdaż?

Dlatego znów, i tu, w tym miejscu, zapraszam Cię do przyłączenia się do KONOPNEJ REWOLUCJI, która zmieni świat na lepsze i praktyczniejsze. Jak to zrobić? – to proste! po prostu bądź za konopiami zawsze i wszędzie, sadź i pielęgnuj, używaj, lecz się i dobrym słowem oraz myślą, wynoś Merry ponad wszystko, by świat stamtąd idealnie zobaczyła i swą łaską go serdecznie utuliła ^^

~ale pamiętaj, byle by z umiarem ;–)))

~~Pozdro 600!

Artykuł został stworzony w całości przez Freddzia, mistrzunia polskiego przejazdu.
Jeżeli Ci się spodobał, zostaw komentarz, a na pewno nie zostanie on bez echa.
A i jeszcze jedno, jak chcesz więcej to dawaj znaka, a razem podbijemy kawał  TEGO świata! 😀

2 Comments

WilliamEsona October 20, 2021

We’re a group of volunteers and opening a brand new scheme in our community. Your website provided us with valuable information to work on. You’ve done an impressive process and our whole neighborhood will be thankful to you.

Reply
buy anabolic online October 22, 2021

Thanks for the good article, I hope you continue to work as well.

Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *